poniedziałek, 20 lutego 2017

Rozdział 2

Serce bije mi coraz szybciej. Momentami mam wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z piersi, choć wiem, że to niemożliwe.
Dom. W końcu jakiś dom.
Nie potrafię opanować podekscytowania i ogarniającej mnie radości. Już nawet zapominam o padającym śniegu i o tym, jak bardzo jest mi zimno. Całą swoją uwagę skupiam tylko na drewnianym budynku.
Robię pierwszy krok w stronę domku. Właśnie teraz zdaję sobie sprawę, jak bardzo mam skostniałe kończyny. Kulę się jeszcze bardziej w nadziei, że być może zrobi mi się cieplej. Chowam twarz w kołnierz kurtki, a na dłonie naciągam rękawy, po czym ukrywam je w kieszeniach.
Przyspieszam kroku, by jak najszybciej znaleźć się u celu. Z każdym kolejnym posunięciem odczuwam, jak bardzo mam już przemoknięte buty. Cholera. Odnoszę wrażenie, że moje stopy zamieniły się w lód. Przechodzi mnie dreszcz, gdy powiew wiatru styka się z moim ciałem. Wydaje mi się, że całe ciepło, które ode mnie bije, właśnie uciekło. Klnę pod nosem. Buty mam już tak mokre, że jakbym je ściągnęła, to nie odczułabym ich braku.
Droga, którą zdążyłam już pokonać, wydaje mi się długa, choć w rzeczywistości przebycie jej zajęło mi kilka minut — szłam dosyć szybkim tempem. Będąc już przy domu, zatrzymuję się. Ogarniająca mnie radość znika jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Nagle ogarnia mnie poczucie strachu. Tak naprawdę to nie wiem, czego mogę się spodziewać. A jeśli ktoś jest w środku? Wcześniej nie zastanawiałam się nad tym. Ujrzenie domu, w którym być może w końcu będzie mi ciepło, spowodowało, że oślepłam na możliwe niebezpieczeństwo.
Przełykam ślinę. W gardle mam gulę, która zaczyna mi dokuczać. Krew zaczyna szumieć mi w uszach, natomiast serce zaczyna bić jeszcze szybciej. Mimo iż jest zimno, czuję, jak na moich dłoniach pojawia się pot. Łapczywie nabieram do płuc zimnego powietrza.
Zgarniam z twarzy rozwiane przez wiatr włosy, po czym robię niepewne kroki w stronę budynku, wsłuchując się w dźwięk chrupiącego pod stopami śniegu. Gdy już jestem przy drzwiach, ponownie zatrzymuję się. Wyciągam dłoń w stronę klamki, ale szybko ją cofam. Zagryzam dolną wargę. Właśnie zastanawiam się, czy warto...
Odchodzę od drzwi. Decyduję się odejść, nim ktokolwiek mnie zauważy. Szybkim krokiem uciekam, ale zaledwie po chwili zatrzymuję się. Z trudem odwracam głowę i spoglądam z utęsknieniem na budynek. Moje dłonie w kieszeniach zaciskają się w pięści, po czym zaczynają drżeć.
A jeśliby tak zawrócić i... wejść do środka? Może nikt tam nie mieszka? Może znalazłabym w końcu ciepłe schronienie? Cholera!
Nie potrafię przypomnieć sobie, kiedy ostatnim razem toczyłam taką walkę sam na sam ze sobą. Chęć znalezienia się w ciepłym i przytulnym pomieszczeniu, a przede wszystkim irytująca, ludzka ciekawość zmusza mnie, by mimo wszystko tam pójść. Na nic nie zdaje się zdrowy rozsądek, który z całych sił krzyczy „nie!” i błaga, żebym nie popełniała głupstwa, którego zapewne będę później żałowała.
Jestem idiotką.
Zawracam. Tym razem pewnym i zdecydowanym krokiem podchodzę do drzwi. Być może dlatego, że jest mi tak cholernie zimno. Chwytam za klamkę i mimo iż spodziewałam się, że wejście nie otworzy się, ogarnia mnie zdziwienie. Odsuwam się na krok i chowam rękę do kieszeni. Powstrzymują się przed kopnięciem w drzwi, które niczemu nie zawiniły.
Uważnie przyglądam się budynkowi. Nawet nie wiem, kiedy ruszam wzdłuż jego ścian. Chyba mam głupią nadzieję, że być może znajdę uchylone okno czy coś w tym stylu.
Dom jest ładny. Może nie należy do dużych, ale drewno, z którego jest zbudowany, ma kolor bardzo ciemny, ślicznie kontrastujący się z bielą śniegu. Na jednej z jego ścian znajdują się gałęzie, które latem pewnie ładnie ją zdobią. Nie wiem, jak nazywa się ta roślina, ale już kiedyś ją widziałam; jednak nie odważyłam się jej spróbować, gdyż nie wiedziałam, czy czasem nie jest trująca.
Na kolejnej ścianie budynku, równoległej do tej z drzwiami wejściowymi, dostrzegam drabinę. Marszczę czoło, wzrokiem idąc wzdłuż niej w górę. Prowadzą one na... balkon. Nie wiem czemu tak mnie to dziwi.
Iść w górę, czy nie iść w górę? Iść, czy nie iść? Oto jest pytanie...
Decyduję się na to pierwsze.
Lekko zdenerwowana podchodzę do drabiny i chwytam za pokryte białym puchem szczeble. Będę się ślizgać, no trudno. Mam tylko nadzieję, że jak zlecę, to nie zrobię sobie krzywdy...
Stawiam stopę na jednym ze szabli, kurczowo dłońmi trzymając inne. Są one tak bardzo zimne, iż mam wrażenie, że ręce mi zamarzną. Jest temu chyba blisko, ponieważ zaczynają piec.
— Wytrzymaj... — wypowiadam na głos, a wraz z tymi słowami odkrywam, jak bardzo mam suche i popękane usta. Powstrzymuje się, by ich nie zwilżyć.
Zaciskam mocno szczękę. Jedynie dzięki silnej woli wdrapuję się na co wyższe szczeble drabiny. Z każdym kolejnym odnoszę wrażenie, że moje dłonie tego nie wytrzymają. Trudno jest mi uwierzyć w to, że tak nagle zrobiło się tak zimno...
Krzyczę, kiedy noga zsuwa mi się ze szczebla. Na szczęście trzymam się tak mocno, że nie spadam na ziemię. Na chwilę poprzestaję dalszej wspinaczki, żeby wyrównać oddech; nie chcę iść, kiedy cała się trzęsę. Dopiero gdy dochodzę do siebie, wspinam się dalej. Staram się być jeszcze bardziej ostrożna, niż wcześniej.
Na szczycie drabiny mocno łapię się za murek od balkonu. Następnie przechodzę przez niego i gładko ląduję na drugiej stronie. Początkowo nie ruszam się, by złapać oddech — niby to nie było nic, ale zmęczyłam się. Przełykam ślinę, by pozbyć się suchości w gardle, zgarniam za ucho grzywkę, wilgotną już od mokrego powietrza i otwieram drzwi balkonowe. Zdumiona rozszerzam oczy, gdy nie napotykam żadnego oporu.
Mimo iż otworzyłam drzwi, nie wchodzę do środka. To, że nie były zamknięte na klucz, nasuwa mi na myśl pewne podejrzenia.
Co jeśli ktoś jest w środku?
Staram się odsunąć od siebie dręczące myśli, jednak one nie chcą dać za wygraną. Mimo to decyduję się wejść do środka. W końcu nie przekonam się, jeśli tego nie zrobię. Jak okaże się,  że jednak ktoś zamieszkuje dom, szybko się wycofam. A jeśli nikogo nie będzie, to... To chyba tutaj zamieszkam.
Gdy stawiam nogę w pomieszczeniu, podłoga pode mną trzeszczy. Momentalnie się krzywię, jakbym właśnie miała zostać przyłapana na gorącym uczynku; początkowo nie zdaje sobie sprawy z tego, że tak rzeczywiście może być. Najciszej jak się da zapuszczam się w głąb pokoju, jednak mimo iż staram się to robić bezszelestnie, podłoga i tak skrzypi. Zdrajca.
Z zachwytem rozglądam się dookoła, chuchając na dłonie, by je trochę rozgrzać.   Nie wiem, kiedy ostatnim razem znajdowałam się w tak ładnym pokoju. Pewnie jeszcze przed tym, jak straciłam pamięć, choć nie jestem tego pewna w stu procentach.
Ściany są tego samego koloru, jak te na zewnątrz domu. Z rogu, przy oknie tuż obok drzwi balkonowych, znajduje się duża szafa, ale nie ma na niej nic prócz kilku książek o zniszczonych okładkach. Nieopodal w miejscu, gdzie dochodzi najmniej światła, stoi pościelone łóżko, a obok szafka, na której znajduje się niewielka, niebieska lampka. Przy przeciwległej ścianie stoi biurko, na którym nic nie ma, co mnie trochę dziwi. Na samym środku na podłodze rozłożony jest duży, biały dywan, kształtem przypominający jakiś kleks. Pokój raczej skromny, ale za to przytulny. Przez to, że jest mały, przez meble, które wcale nie są takie duże, wydaje się zapełniony.
Nim opuszczam pomieszczenie, spoglądam na nie jeszcze raz. Tak, jakbym chciała zapamiętać jego najdrobniejszy szczegół.
Wychodząc z pokoju, zamykam drzwi. Na tym samym piętrze znajduje się jeszcze łazienka — również skromna, bo oprócz toalety i wanny oraz niewielkiej szafki z lustrem nic tam nie ma — oraz pomieszczenie, niestety zamknięte na klucz...
Po schodach schodzę na dół. Wąski korytarz prowadzi do kuchni, obok której znajduje się większe pomieszczenie; salon z kanapą, dwoma fotelami i szafce, na której stoi radio. Nie przyglądam mu się dobrze, ponieważ wchodzę do kuchni z nadzieją, że znajdę coś do jedzenia. W lodówce nie ma nic oprócz już niedobrego sera i mleka. Przeszukuję szafki. Tam znajduję jakieś jedzenie w puszce. Konserwy... nadające się do spożycia. Uśmiecham się pod nosem.
Do garnuszka, znalezionego w sąsiedniej szafce, nalewam wody, którą następne podgrzewam. Nim to zrobiłam, musiałam rozeznać, jak odpalić gaz. Wcześniej nie miałam z czymś takim do czynienia, więc zrozumienie tego zajęło mi trochę czasu. Przynajmniej w tym czasie zdążyłam się troszeczkę rozgrzać. Wprawdzie wciąż jest zimno, ale temperatura w domu jest wyższa, niż na zewnątrz.
Okrywam się znalezionym w salonie kocykiem. Gdy powoli piję ugotowaną wodę, odczuwam ulgę, żałuję tylko, że nie znalazłam herbaty, czy czegoś podobnego. Już zapomniałam jak to może smakować.
Każdy kolejny łyk napoju jest dla mnie jak balsam dla duszy. Czuję, jak moje ciało powoli się rozgrzewa, co przynosi mi wyczekiwaną ulgę. Moje kończyny nie są już tak skostniałe, jak wczesnej i mogę swobodnie nimi poruszać. Uśmiecham się jeszcze szerzej.
Kładę się na kanapie, wciąż przykryta kocem, po czym zmęczona zamykam oczy. Wciąż tylko nie jestem pewna, czy powinnam tu zostać.
Hejo kochani! :3
Przybywam z nowym rozdzialikiem. Krótkim i niestety nudnym, bo w sumie to nic się tutaj nie dzieje.  Kolejny rozdział raczej też będzie taki sam (jednak chyba dłuższy),  ale w kolejnych już raczej coś powinno zacząć się dziać.
Nie wiem, co mam napisać xD Mam tylko nadzieję,  że nie będzie tak długiej przerwy, jak ostatnio. I dziękuję z całego serduszka tym, którzy zechcieli tutaj zostać  <3
Do następnego! xoxo :*
Maggie

6 komentarzy:

  1. Dawno cię nie było w blogostrefze, kochana. Trochę stęskniłam się za tobą.
    Rozdział bardzo mi się podobał. Szybko go przeczytałam i teraz poznasz moją opinię.
    Tekst był przejrzysty i nie widziałam żadnych błędów. Treść była bardzo ciekawa i się wciągnełam. Szkoda, że rozdział jest taki krótki, ale jakoś to przeboleję. I tak poczekam na następny rozdział.
    Życzę duuuużo weny oraz czasu, kochana. I cieszę się, że wróciłaś.
    All the love xxx

    OdpowiedzUsuń
  2. Cieszę się, że mogłaś dodać cokolwiek bo od kiedy przeczytałam prolog to wiedziałam, że to opowiadanie będzie strzałem w dziesiątkę. Bardzo miło czytało mi się ten rozdział, zresztą jak każdy. Czekam na kolejne rozdziały. Jestem ciekawa czy dom, w którym zamieszkała Winter należy do kogoś.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hejo!
    Nie mogłam się doczekać tego rozdziału i wreszcie jest. Według mnie nie należy do nudnych. Może nie ma w nim niespodziewanych zwrotów akcji, ale przecież nie musi przecież być rozlewu krwi w każdym poście. xD Czasem trzeba trochę zwolnić i choć uwielbiam, kiedy się coś dzieje, przyjemnie jest mi czasem sobie poczytać taki rozdział. :)
    Snułam sporo domysłów i wydawało mi się, że Winter zastanie kogoś w tym domu. Nie wszystko jednak stracone, gdyż w każdej chwili właściciel może wrócić. xD Ten dom przecież nie został wybudowany przypadkiem przez krasnoludki. xD Na sto procent ma właściciela, który zdziwi się widokiem dziewczyny na swojej kanapie. Jego mina będzie bezcenna. xD
    Błędów tutaj nie widziałam, choć jedna rzecz mi nie pasuje. xD To czepialstwo o szczegóły. xD "Jestem idiotą." - skoro Winter jest kobietą, to powinno być "Jestem idiotką.". xD
    Życzę kochana morza weny!
    Czekam niecierpliwie na kolejne rozdziały, które mam nadzieję, że pojawią się w niedługim czasie. :P
    Pozdrawiam Lex May

    OdpowiedzUsuń
  4. Piszę komentarz na szybko, więc postaram się streścić :D
    Nie wyłapałam prawie żadnych błędów, rozdział typowo opisowy, taki milutki ;) Nie mogę tylko uwierzyć w szczęście Winter i fakt, że ten ten dom stoi sobie tak po prostu niezamieszkany? Dziwne xD
    Czekam na kolejny ^.^

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem!
    Rozdział nie należał do nudnych.. był świetny w sumie! Sama chyba bym się bała wejść do takiego domku,ciekawe czy kogoś tam Winter zastanie. !
    Życzę weny! 💝

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej, nie wiem czy mnie jeszcze pamiętasz, kiedyś czytałam twojego zakończonego już bloga o Andrei, a teraz trafiłam na tego i jestem zachwycona! Początek był taki intrygujący... co się stanie? Co na ukryła? Kto ma to znaleźć? No i co to są za ludzie, którzy ją złapali? )Odrobinę przypomina mi to "Intruza" Stephenie Meyer).
    Bohaterka jest bardzo samotna, ale widać, że radzi sobie całkiem nieźle. Teraz znalazła też dom, oby mogła zostać w nim na dłużej, bo w końcu idzie zima. Ogólnie to zaintrygowałaś mnie całą historią i możesz być pewna, że jeszcze tu wrócę. Pozdrawiam i życzę weny ~Dorcas

    OdpowiedzUsuń