poniedziałek, 20 lutego 2017

Rozdział 2

Serce bije mi coraz szybciej. Momentami mam wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z piersi, choć wiem, że to niemożliwe.
Dom. W końcu jakiś dom.
Nie potrafię opanować podekscytowania i ogarniającej mnie radości. Już nawet zapominam o padającym śniegu i o tym, jak bardzo jest mi zimno. Całą swoją uwagę skupiam tylko na drewnianym budynku.
Robię pierwszy krok w stronę domku. Właśnie teraz zdaję sobie sprawę, jak bardzo mam skostniałe kończyny. Kulę się jeszcze bardziej w nadziei, że być może zrobi mi się cieplej. Chowam twarz w kołnierz kurtki, a na dłonie naciągam rękawy, po czym ukrywam je w kieszeniach.
Przyspieszam kroku, by jak najszybciej znaleźć się u celu. Z każdym kolejnym posunięciem odczuwam, jak bardzo mam już przemoknięte buty. Cholera. Odnoszę wrażenie, że moje stopy zamieniły się w lód. Przechodzi mnie dreszcz, gdy powiew wiatru styka się z moim ciałem. Wydaje mi się, że całe ciepło, które ode mnie bije, właśnie uciekło. Klnę pod nosem. Buty mam już tak mokre, że jakbym je ściągnęła, to nie odczułabym ich braku.
Droga, którą zdążyłam już pokonać, wydaje mi się długa, choć w rzeczywistości przebycie jej zajęło mi kilka minut — szłam dosyć szybkim tempem. Będąc już przy domu, zatrzymuję się. Ogarniająca mnie radość znika jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki. Nagle ogarnia mnie poczucie strachu. Tak naprawdę to nie wiem, czego mogę się spodziewać. A jeśli ktoś jest w środku? Wcześniej nie zastanawiałam się nad tym. Ujrzenie domu, w którym być może w końcu będzie mi ciepło, spowodowało, że oślepłam na możliwe niebezpieczeństwo.
Przełykam ślinę. W gardle mam gulę, która zaczyna mi dokuczać. Krew zaczyna szumieć mi w uszach, natomiast serce zaczyna bić jeszcze szybciej. Mimo iż jest zimno, czuję, jak na moich dłoniach pojawia się pot. Łapczywie nabieram do płuc zimnego powietrza.
Zgarniam z twarzy rozwiane przez wiatr włosy, po czym robię niepewne kroki w stronę budynku, wsłuchując się w dźwięk chrupiącego pod stopami śniegu. Gdy już jestem przy drzwiach, ponownie zatrzymuję się. Wyciągam dłoń w stronę klamki, ale szybko ją cofam. Zagryzam dolną wargę. Właśnie zastanawiam się, czy warto...
Odchodzę od drzwi. Decyduję się odejść, nim ktokolwiek mnie zauważy. Szybkim krokiem uciekam, ale zaledwie po chwili zatrzymuję się. Z trudem odwracam głowę i spoglądam z utęsknieniem na budynek. Moje dłonie w kieszeniach zaciskają się w pięści, po czym zaczynają drżeć.
A jeśliby tak zawrócić i... wejść do środka? Może nikt tam nie mieszka? Może znalazłabym w końcu ciepłe schronienie? Cholera!
Nie potrafię przypomnieć sobie, kiedy ostatnim razem toczyłam taką walkę sam na sam ze sobą. Chęć znalezienia się w ciepłym i przytulnym pomieszczeniu, a przede wszystkim irytująca, ludzka ciekawość zmusza mnie, by mimo wszystko tam pójść. Na nic nie zdaje się zdrowy rozsądek, który z całych sił krzyczy „nie!” i błaga, żebym nie popełniała głupstwa, którego zapewne będę później żałowała.
Jestem idiotką.
Zawracam. Tym razem pewnym i zdecydowanym krokiem podchodzę do drzwi. Być może dlatego, że jest mi tak cholernie zimno. Chwytam za klamkę i mimo iż spodziewałam się, że wejście nie otworzy się, ogarnia mnie zdziwienie. Odsuwam się na krok i chowam rękę do kieszeni. Powstrzymują się przed kopnięciem w drzwi, które niczemu nie zawiniły.
Uważnie przyglądam się budynkowi. Nawet nie wiem, kiedy ruszam wzdłuż jego ścian. Chyba mam głupią nadzieję, że być może znajdę uchylone okno czy coś w tym stylu.
Dom jest ładny. Może nie należy do dużych, ale drewno, z którego jest zbudowany, ma kolor bardzo ciemny, ślicznie kontrastujący się z bielą śniegu. Na jednej z jego ścian znajdują się gałęzie, które latem pewnie ładnie ją zdobią. Nie wiem, jak nazywa się ta roślina, ale już kiedyś ją widziałam; jednak nie odważyłam się jej spróbować, gdyż nie wiedziałam, czy czasem nie jest trująca.
Na kolejnej ścianie budynku, równoległej do tej z drzwiami wejściowymi, dostrzegam drabinę. Marszczę czoło, wzrokiem idąc wzdłuż niej w górę. Prowadzą one na... balkon. Nie wiem czemu tak mnie to dziwi.
Iść w górę, czy nie iść w górę? Iść, czy nie iść? Oto jest pytanie...
Decyduję się na to pierwsze.
Lekko zdenerwowana podchodzę do drabiny i chwytam za pokryte białym puchem szczeble. Będę się ślizgać, no trudno. Mam tylko nadzieję, że jak zlecę, to nie zrobię sobie krzywdy...
Stawiam stopę na jednym ze szabli, kurczowo dłońmi trzymając inne. Są one tak bardzo zimne, iż mam wrażenie, że ręce mi zamarzną. Jest temu chyba blisko, ponieważ zaczynają piec.
— Wytrzymaj... — wypowiadam na głos, a wraz z tymi słowami odkrywam, jak bardzo mam suche i popękane usta. Powstrzymuje się, by ich nie zwilżyć.
Zaciskam mocno szczękę. Jedynie dzięki silnej woli wdrapuję się na co wyższe szczeble drabiny. Z każdym kolejnym odnoszę wrażenie, że moje dłonie tego nie wytrzymają. Trudno jest mi uwierzyć w to, że tak nagle zrobiło się tak zimno...
Krzyczę, kiedy noga zsuwa mi się ze szczebla. Na szczęście trzymam się tak mocno, że nie spadam na ziemię. Na chwilę poprzestaję dalszej wspinaczki, żeby wyrównać oddech; nie chcę iść, kiedy cała się trzęsę. Dopiero gdy dochodzę do siebie, wspinam się dalej. Staram się być jeszcze bardziej ostrożna, niż wcześniej.
Na szczycie drabiny mocno łapię się za murek od balkonu. Następnie przechodzę przez niego i gładko ląduję na drugiej stronie. Początkowo nie ruszam się, by złapać oddech — niby to nie było nic, ale zmęczyłam się. Przełykam ślinę, by pozbyć się suchości w gardle, zgarniam za ucho grzywkę, wilgotną już od mokrego powietrza i otwieram drzwi balkonowe. Zdumiona rozszerzam oczy, gdy nie napotykam żadnego oporu.
Mimo iż otworzyłam drzwi, nie wchodzę do środka. To, że nie były zamknięte na klucz, nasuwa mi na myśl pewne podejrzenia.
Co jeśli ktoś jest w środku?
Staram się odsunąć od siebie dręczące myśli, jednak one nie chcą dać za wygraną. Mimo to decyduję się wejść do środka. W końcu nie przekonam się, jeśli tego nie zrobię. Jak okaże się,  że jednak ktoś zamieszkuje dom, szybko się wycofam. A jeśli nikogo nie będzie, to... To chyba tutaj zamieszkam.
Gdy stawiam nogę w pomieszczeniu, podłoga pode mną trzeszczy. Momentalnie się krzywię, jakbym właśnie miała zostać przyłapana na gorącym uczynku; początkowo nie zdaje sobie sprawy z tego, że tak rzeczywiście może być. Najciszej jak się da zapuszczam się w głąb pokoju, jednak mimo iż staram się to robić bezszelestnie, podłoga i tak skrzypi. Zdrajca.
Z zachwytem rozglądam się dookoła, chuchając na dłonie, by je trochę rozgrzać.   Nie wiem, kiedy ostatnim razem znajdowałam się w tak ładnym pokoju. Pewnie jeszcze przed tym, jak straciłam pamięć, choć nie jestem tego pewna w stu procentach.
Ściany są tego samego koloru, jak te na zewnątrz domu. Z rogu, przy oknie tuż obok drzwi balkonowych, znajduje się duża szafa, ale nie ma na niej nic prócz kilku książek o zniszczonych okładkach. Nieopodal w miejscu, gdzie dochodzi najmniej światła, stoi pościelone łóżko, a obok szafka, na której znajduje się niewielka, niebieska lampka. Przy przeciwległej ścianie stoi biurko, na którym nic nie ma, co mnie trochę dziwi. Na samym środku na podłodze rozłożony jest duży, biały dywan, kształtem przypominający jakiś kleks. Pokój raczej skromny, ale za to przytulny. Przez to, że jest mały, przez meble, które wcale nie są takie duże, wydaje się zapełniony.
Nim opuszczam pomieszczenie, spoglądam na nie jeszcze raz. Tak, jakbym chciała zapamiętać jego najdrobniejszy szczegół.
Wychodząc z pokoju, zamykam drzwi. Na tym samym piętrze znajduje się jeszcze łazienka — również skromna, bo oprócz toalety i wanny oraz niewielkiej szafki z lustrem nic tam nie ma — oraz pomieszczenie, niestety zamknięte na klucz...
Po schodach schodzę na dół. Wąski korytarz prowadzi do kuchni, obok której znajduje się większe pomieszczenie; salon z kanapą, dwoma fotelami i szafce, na której stoi radio. Nie przyglądam mu się dobrze, ponieważ wchodzę do kuchni z nadzieją, że znajdę coś do jedzenia. W lodówce nie ma nic oprócz już niedobrego sera i mleka. Przeszukuję szafki. Tam znajduję jakieś jedzenie w puszce. Konserwy... nadające się do spożycia. Uśmiecham się pod nosem.
Do garnuszka, znalezionego w sąsiedniej szafce, nalewam wody, którą następne podgrzewam. Nim to zrobiłam, musiałam rozeznać, jak odpalić gaz. Wcześniej nie miałam z czymś takim do czynienia, więc zrozumienie tego zajęło mi trochę czasu. Przynajmniej w tym czasie zdążyłam się troszeczkę rozgrzać. Wprawdzie wciąż jest zimno, ale temperatura w domu jest wyższa, niż na zewnątrz.
Okrywam się znalezionym w salonie kocykiem. Gdy powoli piję ugotowaną wodę, odczuwam ulgę, żałuję tylko, że nie znalazłam herbaty, czy czegoś podobnego. Już zapomniałam jak to może smakować.
Każdy kolejny łyk napoju jest dla mnie jak balsam dla duszy. Czuję, jak moje ciało powoli się rozgrzewa, co przynosi mi wyczekiwaną ulgę. Moje kończyny nie są już tak skostniałe, jak wczesnej i mogę swobodnie nimi poruszać. Uśmiecham się jeszcze szerzej.
Kładę się na kanapie, wciąż przykryta kocem, po czym zmęczona zamykam oczy. Wciąż tylko nie jestem pewna, czy powinnam tu zostać.
Hejo kochani! :3
Przybywam z nowym rozdzialikiem. Krótkim i niestety nudnym, bo w sumie to nic się tutaj nie dzieje.  Kolejny rozdział raczej też będzie taki sam (jednak chyba dłuższy),  ale w kolejnych już raczej coś powinno zacząć się dziać.
Nie wiem, co mam napisać xD Mam tylko nadzieję,  że nie będzie tak długiej przerwy, jak ostatnio. I dziękuję z całego serduszka tym, którzy zechcieli tutaj zostać  <3
Do następnego! xoxo :*
Maggie

czwartek, 26 stycznia 2017

Wracam.

Hejo, kochani!
Tak, wiem, długo mnie tutaj nie było. Początkowo nie miałam czasu na pisanie, później najzwyczajniej w świecie mi się nie chciało, a pisanie na siłę przecież nie ma sensu. Również zaniedbałam Wasze blogi. W pewnym momencie całkowicie straciłam chęci do udzielania się w blogosferze. W sumie to nie wiem dlaczego, skoro bardzo to lubiłam. Może to przez to, że po szkole zwykle nic mi się nie chce i mam ochotę położyć się spać i obudzić się dopiero kolejnego dnia (pewnie pomyślcie, że przesadzam).
Ostatnio dużo myślałam nad swoimi blogami. Wypadałoby dokończyć historie, skoro już je zaczęłam. Także w ferie (w połowie lutego) zabiorę się za pisanie. Jest tylko jedna rzecz. Już dawno przestałam nadrabiać zaległości na Waszych blogach. Szczerze powiedziawszy to nie wiem, czy wrócę do ich czytania... Także jeśli opuścicie (o ile już tego nie zrobiliście) mojego bloga, zrozumiem. Nie wymagam, byście na nim zostali. Niech zrobią to osoby, które chcą.
Rozdziały będą pojawiały się nieregularnie (wątpię, że uda mi się je wstawiać systematycznie). Myślę, że w drugiej połowie lutego (jakoś tak) już coś powinno się pojawić.
Pozdrawiam cieplutko i jeszcze raz przepraszam za tak długą nieobecność xoxo
Maggie

wtorek, 18 października 2016

Informacja nr. 1

Hejo kochani! :3
Możecie mnie skrzyczeć. Wiem, że ostatni rozdział pojawił się miesiąc temu. Przepraszam, że tyle czekacie, ale ostatnimi czasy mam dosyć dużo nauki. Rano, jadąc do szkoły, nie chce mi się pisać, bo jestem jeszcze nieprzytomna (wstaję o 5 ;x), po szkole natomiast jestem zbyt zmęczona i mam tylko ochotę pójść spać. Nie mam pojęcia kiedy pojawi się kolejny rozdział, ale postaram się, żeby nastąpiło to jak najszybciej.
Jeśli mam u kogoś zaległości: wszystko w wolnej chwili nadrobię. Jak chcecie to nawet pod tym postem napiszcie u kogo je mam, bym czasem kogoś nie pominęła. Chyba nigdy nie będę na bieżąco z blogami Xd
Pozdrawiam cieplutko i jeszcze raz przepraszam xoxo :*

Maggie

wtorek, 13 września 2016

Rozdział 1


Nic nie pamiętam. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Nie wiem kim jestem, skąd pochodzę, czy mam rodzinę... Coś odebrało mi wiedzę. Co się stało? Chciałabym poznać swoją przeszłość, jednak nie wiem jak mam się za to zabrać. Nie mam nikogo przy boku, kto byłby w stanie mi pomóc. Dlaczego jestem sama? Czy ktoś tak chciał?
Od roku czasu nie spotkałam żadnego człowieka. Długo, prawda? Momentami czuję się jak dzikuska, mieszkająca z dala od ludzi. Ona albo on... Nie pamiętam twarzy. Mniejsza o to. Ten ktoś kazał mi trzymać się z dala od innych. Dlaczego chciał, bym była samotna?
Pamiętam, że była wtedy ładna pogoda. Słońce ogrzewało moją delikatną skórę, a wiatr bezkarnie mierzwił mi włosy. Promienie słoneczne obudziły mnie. Powolutku podniosłam powieki, przyzwyczajając się do panującej na zewnątrz jasności. Nie rozumiałam, dlaczego znajdowałam się na zewnątrz. Szczerze mówiąc, byłam zagubiona. To chyba trafne określenie. Nie miałam zielonego pojęcia, co działo się wokół mnie, dlatego też z bojaźnią w oczach rozglądałam się dookoła. W końcu mój wzrok zatrzymał się na kimś...
Pamiętam, że ta osoba miała na głowie kaptur z czarnej peleryny, prawdopodobnie wykonanej z jedwabiu, ale to tylko przypuszczenia. Spod niego wychodziły długie, poplątane włosy, jakby właściciel przez długi czas ich nie czesał. Tęczówki postaci miały barwę czystego szmaragdu. Do tej pory pamiętam tą piękną zieleń, która pojawia się przed moimi oczami, gdy tylko je zamknę; nie wiem dlaczego, ale wtedy na moją twarz zawsze wstępuje uśmiech.
Mimo iż byłam zachwycona oczami osoby, bałam się jej. Wtedy zdałam sobie sprawę z tego, że mam pustkę w głowie. Nie wiedziałam nawet, jak miałam na imię. Stojąca przede mną postać wydawała się obca. Nie rozpoznawałam w niej nikogo znajomego. Pustka w głowie powodowała narastającą ilość pytań, ale nie chciałam ich zadawać, myśląc, że nie powinnam tego robić.
Odruchowo cofnęłam się, kiedy dość szczupła dłoń wysunęła się w moją stronę. Zagryzłam wargę, by powstrzymać jej drżenie. Miałam ochotę zacząć płakać, choć wcale nie wiedziałam dlaczego. Chyba dostawałam ataku histerii.
— Nigdy nie zbliżaj się do ludzi — powiedział albo powiedziała. Brzmienie głosu uleciało mi z pamięci.
Drgnęłam.
— Dlaczego? — zapytałam, dygocząc ze strachu i podejrzliwie wpatrując się w zielone tęczówki.
Postać zamiast mi odpowiedzieć, uśmiechnęła się lekko. Przynajmniej tak mi się wydawało. Ale jej uśmiech był... przyjazny.
— Nie zadawaj zbędnych pytań.
Chciałam zapytać, dlaczego „zbędnych”, ponieważ dla mnie było bardzo ważne, żeby usłyszeć odpowiedź. Chyba miałam prawo wiedzieć, co się ze mną działo.
— Dlaczego nic nie pamiętam? Kim jesteś?! — krzyknęłam, choć wcale tego nie planowałam. Miałam łzy w oczach. — Co się dzieje?
Nim doczekałam się odpowiedzi, minęło sporo czasu. Postać widocznie nie była zachwycona tym, że zadawałam tyle pytań. Co mogłam poradzić na to, że chciałam dowiedzieć się wszystkiego?
Miałam wrażenie, że z każdą kolejną minutą moje serce bije coraz szybciej, choć pewnie wcale tak nie było. Nawet nie zdawałam sobie sprawy z tego, że zaciskałam pięści na garściach zebranej nie wiadomo kiedy ziemi, dopóki nie zaczęły boleć mnie palce. Rozluźniłam uścisk tak, że gleba wysypała się na ziemię.
— Najlepiej dla ciebie będzie, jeśli będziesz wiodła życie w samotności. — Usłyszałam. — No chyba że spotkasz kogoś, kto jest taki sam, jak ty.
Zmarszczyłam czoło. Taki sam, jak ja? Co to miało znaczyć?
Z trudem przełknęłam ślinę.
Wtedy osoba podeszła do mnie. Drgnęłam, ale nie ruszyłam się z miejsca. Cierpliwie, lecz ze strachem, czekałam na dalsze poczynania z jej strony. Gdy znalazła się jakiś krok ode mnie, wyciągnęła dłoń z naszyjnikiem. Nie miałam pojęcia, kiedy on znalazł się w jej dłoni, ponieważ nie zauważyłam, żeby w ogóle skądś go wzięła. Wyciągnęłam w jej kierunku drżącą rękę, a ona wręczyła mi wisiorek. Zamrugałam oczami.
— To twoje — powiedziała krótko, a po chwili dodała: — Poradzisz sobie. Wierzę w ciebie.
Postać zaczęła się oddalać. Ja natomiast nie byłam w stanie wykrztusić z siebie choćby słowa, mimo iż usilnie próbowałam. Moje próby kończyły się tylko na otwarciu ust.
— Tak w ogóle... — Uśmiechnęła się, odwracając w moją stronę. — Masz na imię Winter i masz piętnaście lat.
Nie odpowiedziałam, tylko tępym wzrokiem patrzyłam, jak ten ktoś znika za drzewami.
Tyle o sobie wiem. To, co postać powiedziała mi na odchodne. Dlaczego jej nie zatrzymałam, by poznać resztę rzeczy o sobie? Sama nie wiem. Szczerze powiedziawszy, to w tamtym momencie nawet o tym nie pomyślałam. Głupie, prawda? Człowiekowi przyjdzie na myśl, że coś można rozegrać inaczej, dopiero wtedy, gdy już jest zdecydowanie za późno.
Siedzę na grubej gałęzi jednego z drzew i wpatruję się w naszyjnik, który obracam w dłoniach, by obejrzeć go, po raz tysięczny, z każdej strony. To ten sam wisiorek, który dostałam rok temu od nieznanej osoby. To był mężczyzna, czy kobieta? Powinnam wywnioskować to po posturze ciała, jednak na obecną chwilę nie potrafię sobie jej przypomnieć.
Z łatwością otwieram pozłacaną zawieszkę w kształcie idealnego koła, na której powierzchni są wzorki przypominające kwiaty. Moim oczom ukazuje się mała fotografia — widziałam ją już tyle razy, że jej obraz bez problemu potrafię przywołać w pamięci bez najmniejszego trudu. Przedstawia dwójkę ludzi, mających około czterdziestu lat.
Kobieta na twarzy jest piękna. Nie ma żadnej zmarszczki, nie licząc wgłębień, które pojawiają się przy kącikach podniesionych w podkówkę ust. Jasne włosy ma związane w koka, także nie potrafię stwierdzić, czy są długie, czy też krótkie. Jest cała piękna, w najdrobniejszym detalu, a jej duże oczy, koloru pięknego błękitu, zachwycają.
Mężczyzna z kolei ma ostre rysy twarzy. Przez to wydawać się może, że jest surową osobą, jednak jego zielone oczy zdradzają, że wcale tak nie jest. Są łagodne i wydaje mi się, że patrzą z czułością. Człowiek ma jednodniowy zarost, a brązowe, przydługie włosy ułożone w niedbałą czuprynę, która powoduje, że z wyglądu wydaje się być młodszą osobą.
Kim są? Wmówiłam sobie, że to moi rodzice. Nie widzę innego wyjaśnienia, szczególnie że naszyjnik ponoć należy do mnie. Niestety nie wiem, jak wyglądam — jak do tej pory nie znalazłam żadnego lusterka, czy czegoś, w czym mogłabym się przyjrzeć — dlatego nie jestem w stanie doszukać się różnic, bądź podobieństw, pomiędzy mną, a nimi.
Ilekroć patrzę na zdjęcie, nie czuję nic. Dosłownie. Na początku myślałam, że może odniosę wrażenie, że w jakikolwiek sposób jestem związana z tymi osobami, ale nie. Są dla mnie obcy. Nawet jeśli w przeszłości byli dla mnie kimś bardzo ważnym, teraz są obojętni. Jedyne, co mnie zastanawia, to to, czy żyją. A jeśli nie? Nie rusza mnie to, choć w sumie to chciałabym ich poznać. Dowiedzieć się, czy rzeczywiście są moją rodziną, bądź kimś więcej...
Gdy robi mi się zimno, zdaję sobie sprawę z tego, że zaczyna wiać wiatr. No nieźle. Mam na sobie jedynie długie dżinsy z dziurami oraz czarny sweter, który jest ciut za duży, a na nim dosyć cienką kurtkę. No i czapkę, którą znalazłam w jej kieszeni. Moje buty to stare trampki, które przy każdym deszczu przemakają. Nic więcej nie mam. Muszę być zdana tylko i wyłącznie na siebie.
Zakładam naszyjnik, po czym zeskakuję z drzewa i zwinnie upadam na nogi. Chowam ręce do kieszeni spodni i idę dalej w nieznane. Denerwuję się, ponieważ jest mi coraz zimniej, a ja nie mam gdzie się podziać. Zaciskam w pięści zmarznięte dłonie, a twarz w części chowam w kołnierz okrycia.
Nie wiem jaka jest pora roku, lecz podejrzewam, że być może zbliża się zima. Liście już dawno opadły z drzew, a nocami jest tak bardzo zimno, że rano zawsze budzę się skostniała i zziębnięta. Ognisko jak widać nie starcza, jednak z drugiej strony jest pożyteczne, skoro nie ma się domu.
Kiedyś mieszkałam w jednej z opuszczonych chatek. Podczas pobytu w niej głównie zastanawiałam się nad sensem istnienia — nie wiem, co mi odbiło — gdy pewnego dnia w lesie wybuchł pożar, a moje małe mieszkanko spłonęło wraz z nim. Z jednej strony cieszę się, że uszłam z życiem. Z drugiej zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby umrzeć...
Nie chcę, żeby moje życie polegało na ciągłej ucieczce. Może wcale nie powinnam tego robić i zamieszkać wśród ludzi? Pewnie zrobiłabym to, gdyby nie postać, którą ujrzałam po przebudzeniu. Zabroniła mi tego, a ja wciąż nie wiem, dlaczego.
Czuję się zagubiona i czasami naprawdę nie wiem, co mam ze sobą zrobić.
Od roku z nikim nie rozmawiałam. Okropność. Czuję się jak dziwaczka, rozmawiająca ze sobą. Chyba zwariuję, jak w najbliższym czasie nikogo nie spotkam.
Na nos spada mi coś zimnego. W pierwszej chwili myślę, że to deszcz, jednak szybko orientuję się, że to nie to.
Śnieg.
Na moją twarz wstępuje wielki uśmiech. Nie panuję nad swoją radością. Ciekawe czy zawsze cieszę się na widok śniegu...
Obserwuję, jak białe płatki powoli zakrywają ziemię. Z czasem one same zamieniają się na grube i duże. Wyciągam rękę, by zobaczyć, jak na rękawie kurtki pojawiają się płateczki. Uśmiecham się jeszcze szerzej.
Zapewne widziałam to zjawisko już wiele razy, a czuję się tak, jakby był to pierwszy.
Nagle ogarnia mnie zmartwienie. Nadeszła zima, a ja nie mam, gdzie się podziać.
Znów to samo. Nie mam domu.
Czuję, że moja twarz przybiera smutny wyraz. Nie mam pojęcia, co ze sobą zrobię. Pewnie znów znajdę jakąś jaskinię, czy coś w tym stylu, bym miała, gdzie się schować. Czy boję się? Tak. Za każdym razem, gdy wchodzę do ciemnej pieczary, zastanawiam się, czy coś mnie nie zaatakuje. Na szczęście nie miałam jeszcze takiej sytuacji, ale to nie znaczy, że tak będzie zawsze... A mieszkać wciąż w tym samym miejscu nie chcę. Może przemieszczam się też z powodu tego, iż mam nadzieję, że natrafię na coś lepszego?
Zakładam na głowę kaptur. W tym momencie cieszę się, że jestem w ruchu, bo gdyby nie to, to pewnie już dawno bym zamarzła. Wyciągam dłonie z kieszeni, po czym chucham na nie, by mój ciepły oddech choć troszkę je ogrzał. Przez to czuję, jak bardzo mam skostniałe palce. Gdy nimi poruszam, mam wrażenie, że ich wcale nie posiadam.
Jakim cudem tak nagle mogło zrobić się tak zimno?
Wcześniej nie zastanawiałam się, co zrobię, jak nadejdzie zima. Wolę żyć teraźniejszością, także nie wybiegam w przyszłość. Uważam, że to nie ma sensu, szczególnie że różne rzeczy mogą mnie spotkać.
Idę ścieżką, która jest pokryta białym puchem. Z każdym kolejnym krokiem mam wrażenie, że moje trampki zdążyły już przemoknąć. Jak tak dalej pójdzie, znowu przeziębię się. Katar to najgorsze, co może istnieć. Jak do tej pory nie przydarzyło mi się nic innego, no czasami chore gardło, dlatego też zastanawiam się, czy to przez to, że mam szczęście. W sumie to nie wiem, co bym zrobiła, jeśli okaże się, że dolega mi coś innego. Może i nawet gorszego.
Rozglądam się na boki w poszukiwaniu miejsca, w którym mogłabym przenocować. Widzę tylko drzewa i to mnie martwi. Nie mam zamiaru spać na świeżym powietrzu, szczególnie że pada śnieg. Chyba zaczynam żałować, że postanowiłam opuścić jaskinię, którą nawet zdążyłam polubić. Co mnie tknęło, by to zrobić?!
Nie wiem, ile już idę, ale mam wrażenie, że bardzo długo. Może to przez moje przemęczenie? Ostatnimi czasy mam problemy z zaśnięciem, także nie sypiam tyle, ile powinnam. W dodatku nie jadam dużo, ponieważ o tej porze roku trudno coś upolować, czy znaleźć jagody, bądź cokolwiek innego.
W zadumie stawiam co kolejne kroki, a moje stopy pozostawiają ślady na śniegu, które z czasem zostają zakryte przez spadające z nieba białe płatki.
Podnoszę wzrok i co widzę? Dom. Początkowo mam wrażenie, że mam jakieś zwidy. Zamykam oczy, po czym ponownie je otwieram. Drewniany budynek nie znika. Czyżby los się do mnie uśmiechnął? Przechylam głowę na bok, by obejrzeć dom pod każdym kątem. Wydaje mi się, że jest opuszczony, jednak nigdy nic nie wiadomo. Gdyby moje przypuszczenia okazały się trafne, mogłabym w nim przesiedzieć zimę.
W końcu jakiś dom.
Jednak ktoś mnie kocha!
Hejo kochani! :3
I jak według Was zapowiada się historia? :D Jeśli chodzi o rozdział, to ja jestem zadowolona. Wiem, że jest trochę krótki, ale to, co wydarzy się później, postanowiłam zostawić na kolejny rozdział. Ktoś jest w tym domu, czy nie? No zobaczymy, zobaczymy. Mam nadzieję, że uda mi się Was zaskoczyć xD
Osobiście polubiłam Winter. A ma 16 lat tylko dlatego, że ja mam tyle, także będzie mi lepiej pisać xD
Chyba polubiłam pisanie w czasie teraźniejszym. Przyjemnie się pisze :D
Nie wiem co napisać, także na siłę nie będę próbowała. Kolejny rozdział pojawi się być może za 2 tygodnie.
Pozdrawiam cieplutko! xoxo :*
Maggie

wtorek, 30 sierpnia 2016

Prolog


Jest ciemno, ale staram się nie zwracać na to uwagi, uparcie mrużąc oczy, by cokolwiek dostrzec. Wprawdzie już tutaj kiedyś byłam i z zamkniętymi oczami doszłabym do swojego celu, jednak było to tak dawno, że boję się, iż pomylę drogę. Dlatego też wolę widzieć, gdzie podążam.
Deszcz, który spada z gęstych chmur, utrudnia mi widok. Co chwila klnę pod nosem, kiedy moje stopy ślizgają się na mokrych liściach, a ja z trudem utrzymuję równowagę. Torba, którą mam przełożoną przez ramię, boleśnie uderza mnie o biodro. Raz mocno, innym razem słabo — wcale nie zdziwię się, jak będę miała siniaki.
Kaptur już dawno pod wpływem biegu zleciał mi z głowy. Nie mam zamiaru go zakładać z powrotem, gdyż to nie ma sensu, ponieważ sytuacja powtórzyłaby się. Włosy mam tak mokre, że na pewno mogę wyciskać z nich wodę. Drżącą dłonią zgarniam z twarzy przylepione do czoła oraz policzków brązowe kosmyki włosów. Czuję, że mój ciepły pot miesza się z zimnymi, dużymi kroplami deszczu.
Jest mi bardzo zimno. Momentami mam wrażenie, że nogi nie wytrzymają ciężaru mojego ciała i polecę jak długa w błoto. Dłonie mam suche i spękane. Rany pieką i zapewne niektóre krwawią, jednak staram się nie zwracać na to uwagi. Mam ważniejszą rzecz do spełnienia, niż użalanie się nad sobą. Już dawno zaczęłam szczękać zębami. Żeby nie słyszeć tego dźwięku, zagryzam szczękę.
W pewnym momencie stopą zahaczam o wystający korzeń drzewa i staje się to, czego chciałam uniknąć. Ląduję na ziemi. Przy okazji boleśnie uderzam kolanem o jakiś korzeń. Wykrzywiam usta w grymasie. Od razu wydaję z siebie odgłos syknięcia, ponieważ czuję, jak centralnie na dolnej wardze, po środku, tworzy się szparka. W ustach czuję nielubiany metaliczny posmak. Warga mi pękła.
Pięścią uderzam w kałużę, która znajduje się nieopodal mnie. Zamykam oczy, kiedy brudna woda opryskuje moją twarz. Biorę głęboki wdech, by wyładować złość. Mam ochotę wyżyć się na czymś, choć doskonale wiem, że to nie czas i miejsce na takie coś.
Wstaję na równe nogi i zaczynam biec. Przez wciąż bolące kolano poruszam się wolniej. Krzywię się na twarzy, ale nie mam zamiaru zatrzymać się choćby na chwilę. Straciłam już za dużo czasu, a nie mam, jak go nadrobić, mimo że bardzo chcę. Muszę jak najszybciej zrobić to, co mam w planach, inaczej umrę. Robię to wszystko po to, by przeżyć.
Zatrzymuję się dopiero po przebyciu kolejnych trzystu metrów. Jestem już tak zmęczona, że mam ochotę położyć się i już nie wstawać, póki nie zregeneruję sił. Mogę to zrobić nawet w tym momencie, ale jestem zbyt zmarznięta. Na dworze nie ma nawet dziesięciu stopni, a ja mam na sobie tylko getry i przewiewną bluzkę z kapturem, wykonaną z cienkiego materiału — w sam raz na dość ciepłe dni. Nie chcę zamarznąć. Nie tutaj!
Powoli i ostrożnie ściągam torbę. Nie czuję palców, dlatego na początku nie jestem pewna, czy trzymam ją w dłoniach, jednak gdy do moich uszu nie dochodzi żaden dźwięk zderzenia czegoś ciężkiego z ziemią, czuję się spokojna.
Gołymi rękoma wykopuję blisko drzewa dziurę. W tym momencie po raz pierwszy cieszę się, że pada deszcz. Dzięki temu ziemia nie jest twarda, co znacznie ułatwia mi robotę — nie miałam czasu zabrać łopaty, czy czegoś w tym stylu. Uśmiecham się lekko. Gdy dół jest wystarczająco głęboki, zaprzestaję roboty. Szybko otrzepuję dłonie z błota, po czym otwieram torbę i wyciągam z niej niewielkich rozmiarów hermetycznie zamkniętą skrzynkę, wodoszczelną, odporną na... wszystko. Ostrożnie wkładam ją do wykopanego dołu, po czym z trudem przełykam ślinę i zrzucam na nią glebę. Zwilżonymi oczami spoglądam, jak chowa się pod ziemią. Wraz z tym wszystkim czuję, że odbieram jakąś cząstkę siebie. Niekoniecznie dużą, ale coś tracę.
W głębi serca mam nadzieję, że ona to znajdzie. Wiem, że będzie w tym miejscu. Innego wyjścia nie ma, ale jakiś cichy głos podpowiada mi, że to się nie stanie. Staram się go zignorować, powtarzając w myślach, że to jakieś brednie.
Tylko czy to wszystko ma jakiś sens?
Nie jestem do końca pewna, czy sterowanie jej życiem może odmienić to, co ją czeka...
Starannie uklepuję ziemię, by mieć pewność, czy na pewno cała skrzynka została zakryta. Gdy jestem już tego pewna, wstaję na równe nogi i robię krok w tył. Spoglądając w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilką była dziura, chucham na lodowate dłonie. Ciepłe powietrze, wydostające się z moich ust, otula je, powodując, że na chwilkę pozornie jest ciepło. Zagryzam suchą wargę.
— Przyjdę tu. Na pewno... — mówię nie do końca pewnie, choć staram się być przekonana co do swych poczynań.
Poprzez uderzające o ziemię krople deszczu, do moich uszu dochodzi dźwięk  przyspieszonego bicia mojego serca, kiedy w oddali słyszę dźwięk łamiącej się gałęzi. Usiłuję uspokoić oddech, co niestety nie jest łatwym zadaniem. Kieruję wzrok w stronę, z której doszedł odgłos.
Co czuję? Strach. Już nie przed tym, że wszystko może pójść nie po mojej myśli, lecz przed tym, że mnie złapią. Nie chcę przechodzić przez to, co kiedyś. Boję się. Boję się. Boję się. Boję się...
Niespodziewanie puszczam się pędem w kierunku, z którego przyszłam. Jeśli ktoś rzeczywiście mnie śledził — oby nie widział, co zrobiłam — na pewno będzie za mną biegł. Zerkam za siebie. Nie widzę nic prócz czarnych konturów drzew. Zdaję sobie sprawę z tego, że deszcz właśnie przestał padać. Nie cieszę się  z tej nowiny, ponieważ i tak wyglądam jak zmokła kura i jest mi niemiłosiernie zimno.
Wpadam na coś twardego. W momencie, kiedy chcę się odsunąć, czyjeś silne dłonie łapią mnie, uniemożliwiając dalszą ucieczkę. Zaczynam się szarpać i kopać stojącego przede mną mężczyznę, jednak ten mnie nie puszcza. Mam wrażenie, że świat jest przeciwko mnie.
— Puszczaj! — krzyczę.
— Cii. — Słyszę tuż przy uchu.
Chcę krzyknąć po raz kolejny, ale nieznajomy zakrywa mi usta. Zaczynam jeszcze bardziej szamotać się z naiwną nadzieją, że być może uda mi się uciec.
Głupia ja.
Przestaję się wyrywać, żeby dać wrogowi do zrozumienia, że wygrał. Oczami wyobraźni widzę, jak kąciki jego ust podnoszą się, a mnie ogarnia obrzydzenie.
— Grzeczna dziewczynka — szepcze mi do ucha.
Krzywię się na twarzy, kiedy na policzku czuję jego ciepły oddech. Przechodzą mnie dreszcze wstrętu.
Zabawa się skończyła.
Podnoszę nogi do góry, a górną część ciała wyginam do tyłu. Z całej siły kopię mężczyznę w krocze, co oczywiście skutkuje, a on wydaje z siebie okrzyk bólu. Mimowolnie uśmiecham się pod nosem. Korzystając z tego, że uścisk zelżał, wyrywam się i już odwracam na pięcie, żeby uciec jak najdalej, kiedy moje ciało nieruchomieje. Nie jestem w stanie zrobić nawet jednego, najmniejszego ruchu. Ze złości chcę krzyknąć, jednak tego też nie mogę. Usilnie staram się poruszyć, ale to wszystko jest na nic...
Przede mną staje młody chłopak — jego zielone tęczówki powodują, że po plecach przechodzi mnie dreszcz. Nie ten, który mnie złapał. Jest to bardzo znana mi osoba. Mój przyjaciel. Przyjaciel, który jest z nimi. Nie, nie zdradził mnie, bo zrobili mu pranie mózgu, ale to i tak boli. Widzę jego twarz, na której pojawia się wyraz obojętności. To jeszcze bardziej boli i zbiera mi się na płacz. Mam wrażenie, że ktoś wyrywa mi kawałek serca i nie chce go oddać. Jeszcze nigdy nie czułam się tak opuszczona.
On mnie nie poznaje
W gardle pojawia mi się wielka gula. Wargi mi drżą. Usilnie przełykam łzy. Nie chcę dopuścić do tego, żeby oni je widzieli. Nie dam im tej satysfakcji. Chcieli mnie zranić? Udało im się. Doskonale wiedzieli, jak to zrobić.
Po moim policzku niestety spływa łza. Chcę ją otrzeć, nim ktoś zobaczy, że płaczę, ale nie mogę ruszyć dłonią. Przeklinam w myślach. Gdyby chłopak był sobą i dowiedział się, że przez niego mnie złapali...
— Sądziłaś, że nam uciekniesz? — Słyszę znienawidzony głos.
Wsłuchuję się w ciężkie stąpanie. Chwilę później widzę przed sobą mężczyznę w podeszłym wieku, który obrzydliwie uśmiecha się. Mam wielką ochotę plunąć mu prosto w twarz, a jeszcze większą, by go zabić. Za te wszystkie krzywdy, jakie wyrządził.
— Nie spodziewałaś się nas, prawda? — Zgarnia za ucho moje niesforne kosmyki włosów, które wydostały się z kucyka, a następnie ociera kolejną łzę z mojego policzka i uśmiecha się.
Nie, nie spodziewałam.
Właśnie zastanawiam się, jakim cudem znaleźli się tu, gdzie ja. Nie popełniłam żadnego błędu, także nie byli w stanie pójść za mną... A jeśli... Nie. Nie, nie, nie, nie! Gdy mnie złapali... Wtedy musieli... Nie. To niemożliwe!
Gdyby nie to, że jestem unieruchomiona, na mojej twarzy odbiłoby się zszokowanie, niedowierzanie, a przede wszystkim złość i chęć mordu.
— A teraz sprawisz, że wrócimy — mówi nakazującym tonem.
Już mam się pytać, jak niby mam to zrobić, ale w tym samym momencie upadam na ziemię, nie mogąc złapać równowagi. Ląduję tuż przy czyichś stopach — zapewne jego. Przełykam ślinę.
— Pieprz się — mówię, kiedy mam chwilowy przypływ odwagi, którą szybko tracę...
Czy wszystko jest stracone?
Hejo kochani! :3
Witam Was na moim nowym blogu! No cóż... Coś wzięło mnie na pisanie nowej historii. Wprawdzie to nie planowałam tego. Samo tak wyszło xD
Tym razem nie jest to fantastyka. Zaskoczeni? Zapraszam tym razem na science fiction! :D
Pomysł na historię wziął się podczas oglądania jednego z seriali, jednak nie powiem jaki to, ponieważ wtedy, chyba, wyszedłby jeden z głównych wątków... Kiedyś powiem. Jak dojdziemy to tego wątku (mam nadzieję, że nie zapomnę).
Co sądzicie o prologu? Ja w sumie nie mam żadnych pytań, także... No.
O rany. Coś ciężko idzie mi to pisanie o.O Dlatego też kończę, póki nie zaczynam mówić głupot xD
Do napisania! xoxo :*
PS Rozdział pierwszy za dwa tygodnie? Ale to nie jest pewne. Zobaczymy, jak będzie ze szkołą :)
PS 2 Wiem, wiem. Jakaś dzisiaj nieogarnięta jestem xD
PS 3 Prolog czytałam dużo razy. Może choć ten jeden raz nie będzie błędów. No zobaczymy :3
PS 4 O rany. To już czwarta dopiska xD Nie wiem ile będzie części, bo nie mam pojęcia, na ile rozdziałów rozłoży się historia.
Maggie